piątek, 27 lutego 2015

Nie musisz stawać na głowie

Nie musisz stawać na głowie, nie trudź się, lepiej kliknij i zobacz :) Ale to jedno zdanie byłoby nie w moim stylu, więc napiszę coś więcej. Chciałabym przypomnieć Wam ten dzień. Wszystko rozgrywało się w Wytwórni Filmów Fabularnych, gdzie czekali na nas profesjonaliści. Operator, reżyser to główne postacie, nie mogłoby ich zabraknąć, ale byli również styliści, wizażyści. Jednak najważniejsi byliśmy My, mali aktorzy, więc traktowano Nas jak prawdziwe gwiazdy. Różni ludzie spełniali nasze zachcianki, przebierali nas, fotografowali. A Martyna, z którą się wszyscy zaprzyjaźniliśmy podpisywała Nam książki, opowiadała niesamowite historie ze swoich podróży po świecie oraz zabawiała na wszelkie sposoby. Jak widzicie dużo się działo, ale oczywiście kręciliśmy spot, powód całego zamieszania. Czy ktoś kiedyś brał w czymś takim udział? Jeżeli nie to musicie widzieć, że to naprawdę męczące! Każde ujęcie powtarzane było co najmniej 4-5 razy! Podobno jednak, że przy prawdziwym filmie nakręcenie jednej sceny trwa około godziny! Aktorzy mają trudno, ale co tam, bo przecież efekt jest wspaniały i zapomina się o tym.




wtorek, 24 lutego 2015

Królowa Śniegu

Niestety, a może na szczęście Ta Wielka Władczyni Mrozu w Polsce chyba nie zawita. Była za to u mnie, przysłana nie na zwykłym kawałku papieru, ale na plakacie reprezentującym spektakl. Mój zachwyt bierze się z podpisów aktorów i z samego pomysłu. Nadal niezastąpione są jednak listy i pocztówki, gdyż nawet kilka dobrych słów stawia mnie na nogi i każe iść dalej :) Dobrym przykładem jest Wiktoria z Gdyni,  od której dostałam po raz drugi śliczną i przez Nią wykonaną kartkę. Tak więc kończę tego posta i bardzo dziękuję wszystkim nadawcom tych "upominków".



piątek, 20 lutego 2015

Maja x2

Słyszałam, że wiele osób widziało billboardy ze mną i innymi podopiecznymi fundacji Na Ratunek. Ja również, specjalnie pojechałam z rodzicami i je sfotografowałam. Nakręciłam jeszcze filmik pod tytułem Maja x2. Można przetłumaczyć tę nazwę na różne sposoby na przykład:
1. Znajduję się w jednym miejscu naraz.
2. Jestem pod bilbordem taka mała, a na nim powiększona x2.


video

czwartek, 19 lutego 2015

Lekcja Medycyny

Dawno nie pisałam, bardzo przepraszam. Dużo się u mnie dzieje, lecz teraz jestem na już piątym cyklu chemioterapii i postanowiłam wypełnić ten czas nowymi postami. Także macie się czego spodziewać :)
Dzisiaj napiszę o już odległym święcie, ale mam nadzieję, że jeszcze niezapomnianym, czyli  o Walentynkach. Ja spędziłam je dzień później (w niedzielę) w towarzystwie mojej koleżanki. Wszędzie były porozwieszane pudrowo-różowe balony, do obiadów, deserów itp.  wbijałyśmy wykałaczki, do których doczepiłam wcześniej serduszka. Nastrój był, więc i humor nam dopisywał, także wizyta byłą fantastyczna.
Mówiąc o Walentynkach, serduszkach, to co wiecie o Waszej krwi, co w niej krąży? Na te pytania postaram się Wam odpowiedzieć, czyli odbędzie się krótka lekcja medycyny. Nasza krew "biegnie"  po całym organizmie, do serca doprowadzają ją żyły, a odprowadzają - tętnice, ale to już chyba wiecie.  Chciałabym jednak opowiedzieć co w niej się znajduje, no oczywiście, że białe i czerwone krwinki, ale rozwińmy ten temat. Wszystko produkują komórki macierzyste i to od nich się zaczyna. Wytwarzają hemoglobinę (to nie tylko barwnik nadający krwi czerwony kolor, znacznie ważniejszą funkcją tego białka jest transport tlenu do tkanek), płytki (odpowiadają za krzepnięcie), czerwone krwinki (jako najliczniejszy element krwi, mają szczególne zadanie, za ich sprawą wszystkie organy są prawidłowo dotlenione i oczyszczone z dwutlenku węgla), białe krwinki (chronią przed infekcjami, zakażeniami). W ostatni podpunkt chciałabym się wdrążyć, ponieważ to o nim najwięcej wiem.  Białe krwinki zwane inaczej Leukocytami zawierają Granulocyty (Neutrofile), Limfocyty, Bazofile itd., to one strzegą nas przed   chorobami.  Norma dla  Neutrofili zaczyna od około 1500 sztuk, lecz ja zaliczam takie doły, że potrafię nie mieć żadnej sztuki i to przez pięć dni. Spadek ten nazywa się Aplazją, podczas której nie bronię się przed niczym, mogę zarazić się nawet własnymi bakteriami. Czasem mam braki w płytkach lub hemoglobinie, musimy wtedy je przetaczać, czyli "dodawać" krew innego człowieka, z tej samej grupy krwi do mojej. 





Mama nawet zrobiła potrawy walentynkowe :)

czwartek, 12 lutego 2015

Luksusowy Czwartek



Dzisiaj chyba każdy popuścił wodze łakomstwa i Ci na diecie, i Ci chorzy, wszyscy zajadają się słodkościami! Ja też! Oczywiście za nim się do tego zabrałam, odwiedziłam szpital, żeby sprawdzić wyniki, czy  aby na pewno może się odbyć ta mała, ale przepyszna uczta. Na szczęście poszło po mojej myśli i babcia upiekła pyszne faworki. Naprawdę mniam! Teraz kiedy dzień dobiega końca siedzę naprzeciwko chrustu, a w okół unosi się jego cudowny zapach… ale, ale koniec tych rozmyślań muszę się przygotować do Pracy Klasowej z matematyki, która już za pół godziny (ach tak! zapomniałam wspomnieć, że zaczęłam indywidualne lekcje, lecz napiszę o tym w innym poście, a na razie trzymajcie za mnie kciuki) : ) A dla tych, którzy nadal świętują ten dzień życzę SMACZNEGO!


poniedziałek, 9 lutego 2015

Jaglane wynalazki


Jak wiadomo kasza jaglana to bardzo duże źródło zdrowia  i dla mnie to zalecany element diety. Niestety w zwykłej formie nie podbił mojego podniebienia, dlatego mama (kulinarny wynalazca, miesza zdrowie, zabawę i ulubione przysmaki) wymyśliła na to sposób. Jeszcze przed moją chorobą dla Jasia (brata), który do niedawna nie tolerował glutenu, mleka, jajek, drożdży, mąki i innych prawie codziennych produktów spożywczych wymyśliła dwie potrawy, które bardzo nam zasmakowały. Jaśka ulubionym deserem jest szarlotka, cóż się dziwić? Nie mógł jej jednak jeść i stąd wzięło się to samo ciasto, ale z dozwolonych mu składników i oczywiście kaszy jaglanej. Oto link do strony kulinarnej skąd wyszukałyśmy przepis . Drugim daniem są placuszki z tej kaszy. Ta bomba zdrowia może być podawana na słodko na przykład z powidłami, ale też z szynką, serem i pomidorami, papryką, czym dosłownie chcecie.  Znalazłyśmy to na stronie i dodałyśmy nasze dodatki.  Teraz czas na hit posta, samodzielnie "skonstruowany" i metodą prób i błędów powstał budyń a'la Panna Kotta z kaszy jaglanej. Nam zasmakowały do tego maliny lub pieczone jabłko, albo jeszcze jedna kombinacja, budyń czekoladowy (zwykły, tylko z dodatkiem kakao).  Prosto to zrobić, z resztą sami zobaczcie! Smacznego! Aha jeszcze jedno,  mama wyczarowała mi jeszcze omlety na parze (ponieważ ja nie mogę smażonych) i powiem Wam szczerze, że są dużo lepsze!

  • kilka łyżek kaszy jaglanej (tak ok 10-ciu)
  • niecała szklanka wody
  • mała puszka mleka kokosowego (160 ml)
  • odrobina stewii lub czegoś innego do słodzenia
  • do wersji malinowej - maliny na sos
  • do wersji jabłkowej - jabłka upieczone w piekarniku z odrobiną cynamonu i kardamonu
  • do wersji czekoladowej - mała łyżeczka kakao lub karob

Kaszę płuczemy, gotujemy. Pod koniec gotowania dodajemy mleko kokosowe i słodzidło. Miksujemy w blenderze. W wersji malinowej porcję budyniu polewamy malinami (u nas były gotowane ze względu na chwilowo słabszą odporność, można zagęścić odrobiną mąki ziemniaczanej). W wersji jabłkowej, nakładamy upieczone owoce, a w czekoladowej wystarczy dodać do budyniu kako lub karob i zmiksować w blenderze. 






sobota, 7 lutego 2015

Urok spacerów

video
Uwielbiam chodzić na spacery (i robię to codziennie (: ), ponieważ zawsze czeka mnie jakaś nowa niespodzianka, koncerty ptaszków ukrytych gdzieś w koronach drzew, niezapomniane widoki, lecz tydzień temu moja wędrówka zrobiła mi jeszcze większą uciechę. Mama rano bardzo wcześnie rano wstała i wybrała się do lasu. Kiedy wróciła ja już nie spałam i wymyta czekałam na śniadanie. Usiadłam więc do stołu pijąc herbatę i słuchając cudownego odkrycia mojego "skowronka" (podobno odnowili park od strony ulicy), który po tej przechadzce (mało powiedziane, ta przechadzka trwała około dwóch godzin) miał dużo sił i proponował żebym i ja poszła z nim po obiedzie tą samą trasą. Zgodziłam się (ale muszę się przyznać, że z lekką niechęcią , bo pogoda nie była najładniejsza, ale teraz nawet przy minus dwóch stopniach mam na to ochotę). Gdy na horyzoncie ukazał się znajoma kładka, mama zatrzymała się i powiedziała, że nie była tu rano. Nie miałyśmy wyboru, ponieważ za nami była ponad połowa trasy zadecydowałyśmy, że pójdziemy prosto (była opcja, aby skręcić jeszcze w lewo, ale tam już kiedyś zbadałyśmy okolicę). Szłyśmy po wąskiej ścieżce, aż nagle zza krzaków wyłonił drewniany płot, poszłyśmy wzdłuż niego i… zobaczyłyśmy dwa piękne konie, jednego kuca i OSIOŁKA!  Dalej stał śliczny pałac. Od tej pory chodzę tam codziennie i dokarmiam zwierzaki, którym nadałam nawet imiona. Para gniadych koni - Groszek i Marchewka, a osiołek Ryczard (od Ryszarda, ale mój pupil śmiesznie ryczy i stąd ta nazwa), niestety dla kuca nie wymyśliłam, ale mama dowiedziała się od jego opiekuna, że nazywa się Edi. Dowiedziała się również, że właściciele pałacu i stajni mają też : świnki wietnamskie, kozy, kury labradory (dwa małe i dwa duże) oraz oprócz Ryczarda jest też mama i synek. Bardzo się z tymi zwierzakami (z końmi i osłem, ponieważ pozostałe są w innej, niewidocznej części posesji) związałam i one ze mną też, ponieważ jak tylko mnie widzą rżą i przybiegają do ogrodzenia, a najbardziej "mój" osiołek, który tak śmiesznie ryczy na powitanie (iaa iaaaa iiiaaaaa!!!).




niedziela, 1 lutego 2015

Z pompą na rowerze, czyli sport z kroplówką

W szpitalu często nudzi mi się, nie mam apetytu i humoru, ale wtedy rodzice stają na głowie, żeby to zmienić. Wczoraj tatuś zastąpił mamusię i po raz pierwszy spędził ze mną noc w szpitalu.Było przyjemnie, czytaliśmy książki, graliśmy w gry i tak do wieczora. Potem nadeszła pora spania, a rano obudziłam się pełna sił i już bez chemii, tylko z trzy litrową płukanką. Po śniadaniu, czas na pierwszy "trening" na stacjonarnym rowerze, który znaleźliśmy na korytarzu. Było wspaniale, kilka razy podejmowałam się pedałowania, co bardzo mi się spodobało, ponieważ przypominało letnie wycieczki z rodzinką. A mówiąc o bliskich odwiedził mnie dzisiaj mój braciszek, który wrócił z nart. Świetnie się tam bawił, choć pogoda nie zawsze dopisywała, ale w słoneczne chwile udało się im zrobić naprawdę bajkowe zdjęcia. Zimowe krajobrazy urzekły mnie i mamę, hmm… to już wiem po kim odziedziczyłam chęć do fotografii. Tata się tym interesuje i najwyraźniej "zaraził" mnie tym hobby    : ).  Tak więc pozytywnie nastawiona czekam do jutra, aż odłączą mnie od kroplówek i wypuszczą do domu.











          Śniegu było aż za kolana ; )