Wiem, że ten post był wyczekany, ponieważ dość długo nie pisałam za co bardzo przepraszam, ale tyle było chwil, dni podczas, których zapomina się o wszystkim… Jednymi z tych momentów były odwiedziny moich przyjaciół na, których bardzo czekałam (no może nie wszystkich z początku przyjęłam z otwartymi rękami, ale o tym za raz się sami przekonacie). W sobotę rano, kiedy weszłam do łazienki wykąpać się w wannie czekał na mnie mój pierwszy gość, pająk. Kiedy go zobaczyłam zapiszczałam, ale tylko na sekundę, bo zaraz zniknął, lecz ten owad nie był tak straszny, jak kolejny odwiedzający mnie zwierzak. Otóż, gdy schodziłam na dół zjeść śniadanie mama zawoła mnie, abym podeszła do kuchni. Grzecznie przyszłam, a wtedy mama powiedziała zamyślonym, a jednocześnie trochę przestraszonym głosem ,,Maju, coś mi tu nie pasuje, wczoraj zmieniałam worek na śmieci, a dzisiaj jest już cały poszarpany. Czyżbym źle go założyła…". Zbliżyłam się, aby zobaczyć w jakim stanie jest kosz, kiedy nagle mama piszczy i odskakuje na bok. Oczywiście ja również krzyczę i biegnę na górę zupełnie zdezorientowana, ale jak mama się przestraszyła i skacze po pokoju, to ja za nią i chyba narobiłam dużo więcej afery, ale cóż. Po około piętnastu minutach usłyszałam kroki na schodach, więc zapłakana wyjrzałam spod kołdry, to mama, która potem mi wyjaśniła, że powodem naszej paniki była mała, szara myszka. Gdy się już uspokoiłam nazwałam moją tymczasową współlokatorkę Baśka, ponieważ taki ,,stworek" z imieniem jest dużo mniej straszny. Moja ,,złota rączka" lub ,,super mama" przy zakładaniu pułapek sama się w nie złapała, ale w końcu akcję zakończyła sukcesem i mogłyśmy się zająć się przyjmowaniem naszego prawdziwego goście, który mógł zjawić się lada chwila. Zaczęło się więc pieczenie placka śliwkowego, sprzątanie, wietrzenie, a no właśnie wietrzenie. Raz zrobiłyśmy naprawdę długie zupełnie przez przypadek , ale w sumie to na dobre by wyszło, ponieważ myślałyśmy, że może mysz uciekła i nie musiałybyśmy jej łapać, lecz niestety, nie udało się i szkodnik złapał się dopiero w nocy. Wróćmy jednak do wizyty, na którą zaprosiłyśmy moją wychowawczynię z klas młodszych. Spędziłam z nią ponad dwie wspaniałe, pełne radości i ciepła godziny, za które niezmiernie dziękuję i bardzo bym chciała się spotkać jeszcze raz. Następny dzień zapowiadał się również cudownie, ponieważ miał być spędzony z moją przyjaciółką, a na dodatek pogoda była cudowna, choć trochę wietrzna. Korzystając z tej okazji z Basią wyszłyśmy do ogrodu, grałyśmy w Badmintona, a następnie nakręciłyśmy film, który mam nadzieję kiedyś uda mi się go pokazać.
Umówiłyśmy się na następny dzień, który pod względem pogodowym również był fantastyczny, bo spadł śnieg. Ubrałyśmy się więc w kombinezony i już miałyśmy wyjść, kiedy okazało się, że ten śliczny, biały puch zdążył już stopnieć, ale i na to miałyśmy radę. Usiadłyśmy pod kocami pijąc gorącą herbatkę i czytając na zmianę książki, co obydwie uwielbiamy robić, ponieważ wtedy świat staje, zmęczony tempem miasta.